sobota, 27 października 2012

Smaczny dyniek dla małego babrzuszka :)

Pan dyniek czyli w świecie dorosłych po prostu dynia ;) Sezon na dynie w pełni, na rogach ulicy można kupić różne rodzaje, kształty i wielkości dyń :) Dynia to fantastyczna sprawa, bo można z nią zrobić wiele fajnych rzeczy, czyli.... Na początek z małymi łobuziakami możemy ją fajnie pomalować, jeżeli mamy sporo czasu i starsze już maluchy to możemy z niej wycinać bajeczne lub mroczne lampiony :) Z małymi dziećmi lepsza zdecydowanie jest opcja pierwsza, jest na pewno bardziej bezpieczna i mniej czasochłonna, a jak wiadomo mniejsze dzieci krócej koncentrują uwagę na wykonywanych czynnościach lub zabawach, nawet jeśli są niezwykle interesujące :) Czemu tak jest? Takie małe łobuziaki mają po prostu swędzące tyłki :) A tak na serio to kilkuletnie dzieci od momentu gdy nauczą się chodzić przez pierwsze lata dzieciństwa cierpią na niesamowity "głód ruchu"... Organizm doskonali sztukę chodzenia, skakania, biegania i wszystkich wygibasów, mięśnie nabierają sprawności i potrzebują się po prostu ruszać a wraz z nimi nasze pociechy :) No to tyle z pedagogiki rozwojowej, wróćmy do dyni :) W celu pomalowania najlepiej użyć farb- uwielbiam te nietoksyczne które nabyć można w Empiku http://www.empik.com/ Jak już ją pomalujemy to może ozdobić pokoik, a jak się znudzi można wyczarować z niej fajne smakołyki dla małych brzuszków :) Dzieciaki wprost uwielbiają placuszki dyniowe czy też zupkę z dyni :) Można zrobić też ciasto, sos do makaronu czy też dynię pieczoną z miodkiem i cynamonem :) Najprostsza jest zupka. Oto przepis.

ZUPKA Z DYNI
-pół kg dyni
-3 ziemniaki
-2marchewki
-sól
-pieprz
-2łyżki masła
-4łyżki śmietany do zup

Warzywa obieramy starannie i myjemy, następnie kroimy na średniej wielkości części. W garnku rozpuszczamy masło i szybko wrzucamy dynię. Delikatnie ją rumienimy, dokładamy pozostałe warzywa po czym zalewamy wszystko wodą tak aby pokryte było w całości- nie więcej. Całość gotujemy 20-30 min pod przykryciem, doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Na koniec wszystko miksujemy i łączymy ze śmietaną :) Gotowe!
Moje małe brzuszki lubią jeść zupkę z grzankami i posiekanym żółtkiem na wierzchu :) Można też dla starszaków dorzucić prażone pestki z dymi i doprawić cynamonem :) Pycha :)

Taką prostą zupkę można zrobić wspólnie, mój 4,5 letni podopieczny pomaga mi w skrobaniu ziemniaków i marchewki (plastikowym nożem:)) uwielbia mieszać wszystko razem, młodszy lubi próbować składników ;)  Ale najbardziej wszyscy lubimy zjadać to co zrobiliśmy wspólnie :) Bo najlepiej smakują owoce własnej pracy :)

wtorek, 16 października 2012

Leciałem samolotem do jeba! Do Bebiptu :)

Czyli co mają wspólnego jedronka i jastecka :) Takie przekręty tylko w wykonaniu kilkulatków brzmią fantastycznie :) Każdy rodzic ma pewnie podobne doświadczenia związane z nauką mowy u dzieci. Za każdym razem przebiega to inaczej i jest niepowtarzalnym doświadczeniem :) Oczywiście nie trwa to w nieskończoność i ewoluuje na różnych etapach rozwoju. U mojego młodszego podopiecznego np. tytułowy bepipt był czasem łebiptem :) jakkolwiek by to nie było za każdym razem śmieszy mnie tak samo :D Nie należy jednak dziecka utwierdzać w przekonaniu że formy te są poprawne i oczywiście korygować wymowę ale wszystko w granicach rozsądku, i tak przyjdzie czas że zacznie mówić poprawnie, a wtedy nie jedna mama zatęskni za mafefką :) Aby polepszyć zdolności dziecka do mowy warto z nim dużo rozmawiać (normalnie a nie zdrabniając każdy możliwy wyraz :)), czytać wiele książeczek, ale również przyzwyczaić je do gryzienia pokarmów o różnej konsystencji i stopniu twardości. Dlaczego? Podczas gryzienia pracuje cała szczęka i mięśnie twarzy, które później odpowiedzialne są za wymowę. Co do wieku dziecka w którym winno już mówić poprawnie to oczywiście jak zwykle bardzo zróżnicowana sprawa. Generalnie czterolatek powinien mówić raczej poprawnie, albo prawie poprawnie, oczywiście z wyjątkiem "r" bo to jest ciężki orzech do zgryzienia :) Moi chłopcy pół roku temu nauczy się mówić "r" i od tamtej pory nawet lalka czasem jest rarką :) Mimo że jest między nimi półtorej roku różnicy to nauczyli się niemal równocześnie, bo gdy starszy nabył tę umiejętność i nagminnie jej nadużywał- młodszy nie miał już wyjścia i siłą rzeczy jak zawsze papugował brata :) Na koniec kilka mega śmiesznych wyrazów :) duptas (głuptas), kaMapa, meglony (glony) ,fuń (słoń), trambaj (tramwaj), mamosz (młotek), macho (nóż) :) 

środa, 10 października 2012

Do dentysty nie!

No właśnie :) Kto się nie boi dentysty łapka w górę ! No i kiepsko widzę z frekwencją, mało łapek ... Z sondaży wynika że dorośli ludzie jako jeden z najbardziej stresowych wydarzeń w swoim życiu wskazują na wizyty u dentysty. Chociaż postęp sprawił, że praktycznie wszystkie zabiegi robione są z pomocą znieczulenia to i tak większość ludzi odczuwa niepokój na myśl o kontroli. No ale wiadomo do dentysty chodzić trzeba i to warto się już tam wybrać z takim małym robaczkiem który ma już pełne podstawowe uzębienie. Na początek idziemy po prostu żeby oswoić dziecko z otoczeniem i groźnie wyglądającym sprzętem żeby zobaczyło iż "nie taki wilk straszny jak go malują" :) Ale ale... Wcześniej jeszcze rozmowa w domu, czyli dobrze znanym miejscu, bo w gabinecie będzie za późno, tam dziecko nie skupi sie bo nie będzie się czuło dostatecznie bezpieczne. Możemy też przeczytać jakąś fantastyczną książeczkę (polecam serię o Tupciu Chrupciu) gdzie jakieś miłe zwierzątko wybrało się na taką wizytę. Potem całą drogę do gabinetu rozmawiamy miłym spokojnym tonem o tym co będzie się działo na badaniu i jakie "super odlotowe, szybkie jak błyskawica sprzęty ma pani stomatolog" Ja mówię dokładnie tak :) Taka wizyta trwa kilka minut, spokojnie siadamy z maluchem na kolanach na "niesamowitym fotelu z wieloma funkcjami" :) Miły i uśmiechnięty stomatolog zajrzy do małego buziaka, pochwali piękne dopiero co rano umyte ząbki i nagrodzi cierpliwego pacjenta chociażby malowanką :) Kolejne wizyty niestety będą potrzebowały większych pokładów cierpliwości i dłuższej rozmowy w domu. Nie należy się zrażać niepowodzeniami, im dziecko starsze tym łatwiej mu wytłumaczyć co się dzieje i opowiadać co dentysta robi z buzią :) Ja chcąc podkreślić jak ważne jest chodzenie do dentysty opowiadam swojemu starszemu podopiecznemu, który ma 4 i pół roczku taką historyjkę :)
Kiedy ząbki dużo pracują i gryzą wszystko co wkładamy do buziaka czasem rabią się w nich małe dziurki. Te dziurki są takie przytulne, że małe zbłąkane robaczki szukające schronienia wchodzą w te dziurki i mieszkają w nich. Ale robaczki strasznie się wiercą przed zaśnięciem i wtedy ząbki zaczynają boleć... Dlatego dentysta musi tego robaczka wygonić specjalnym wiertłem, pomalować w środku i zakleić może nawet kolorową pląbą, którą można się potem pochwalić wszystkim z rodziny:) Na naszego dzielnego starszaczka zawsze działa :) Oczywiście zawsze można tę opowieść zmodyfikować :) A przy wierceniu opowiadam jak to robaczek z żółtymi nóżkami odlatuje szukać nowego domu. W każdym razie im więcej fantazji tym lepiej, przecież wyobraznia takich kilkulatków pracuje na najwyższych obrotach :) Dzięki ogromnej cierpliwości małe buźki będą otwierały się tak szeroko :)

czwartek, 4 października 2012

Ale ja nie kce do kszeczkola ! ;)

No właśnie :) A tłumacząc na język dorosłych - Nie chcę do przedszkola :) Temat jak najbardziej aktualny - mamy początek października czyli pierwsze koty za płoty... ale nie zawsze idzie gładko. Dla takiego trzylatka, nawet najbardziej radosnego i otwartego na nowe doświadczenia i osoby- przedszkole to ciężki orzech do zgryzienia. Dookoła niby fajnie- mnustwo zabawek, fajne dzieciaki w podobnym wieku... ale brakuje np. mamusi albo tatusia, a może ciocoi czy też babci... Od miesiąca jeden z chłopców nad którymi trzymam piecze stawia małe...malutkie pierwsze kroczki w nowym miejscu- przedszkolu... Z reguły roześmiany, przesłodki i otwart na nowości dzieciaczek nagle nie lubi innych i woli "zostać w domu na kaMapie" :) Pierwsze dni to oczywiście symulacja najróżniejszych bóli (brzuszek, główka, nóżka itp.) Nie lekceważmy tego może banalnego problemu, tak może być faktycznie. Znamy te sytuacje kiedy nas samych w momentach stresowych boli brzuch. Po pierwsze co radze i co się sprawdziło:
1. Zaczynamy od krótkich pobytów- systematycznie wydłużanych.
Zostawiamy małego przedszkolaczka na godzinę kolejnego dnia również, potem na półtorej. Nie zwiększajmy jednak tego czasu drastycznie, powoli. Dziecko musi odczuć, że zawsze po niedługim czasie który wesoło może spędzić bawiąc się w nowym miejscu wróci bliska osoba i zabierze w znane miejsce- np. do domu.
2. Należy pochwalić maleństwo że było dzielne (nawet jeśli nie do końca jest to prawdą:)).
Możemy się też z takim małym mądralom umówić że jak będzie się ładnie sprawował dostanie małą nagrodę (dodatkowy bonus oglądania ulubionej bajki, spacer w ulubione miejsce, lizaka czy jak w naszym przypadku- bułeczkę :))
3. Opowiadajmy o zaletach przedszkola.
Po powrocie podkreślajmy w rozmowie z dzieckiem jak fajnie jest w przedszkolu i wypytujmy o różne błahostki typu co było do śniadanka- kompocik czy mleczko.
Z autopsji wiem że te trzy rzeczy na prawdę pomogą w tych trudnych chwilach. Nie należy rozczulać się też i myśleć że robimy dziecku krzywdę takim "porzuceniem". Po kilku dniach maluszek zrozumie iż takie miejsce jest dla niego fantastycznym polem do odkrywania nowych ciekawych zabaw. Bo tak naprawdę nawet najlepsza opieka matki czy innej bliskiej osoby nad dzieckiem w domu nie zastąpi tego wprowadzenia w interakcje z rówieśnikami i funkcjonowania w grupie jakich może nauczyć się w przedszkolu. Należy uzbroić się w cierpliwość a wszystko się ułoży- u nas już jest niesamowita poprawa :)

wtorek, 2 października 2012

Jest jest jest :)

Długo zastanawiałam się czy zacząć.... Ale oto jestem :) Jestem sobie ja- najczęściej zwana "ciocią" czasem "super nianią" :) Tak jestem nianią. Od 6 lat opiekuję się maluszkami w ich domach, dbam aby z malutkich robaczków wyrosły na mądrych ludzi... Z wykształcenia pedagog, z  zamiłowania pedagog i pracuję jako pedagog- tylko że w domu :) Zaczynam też studia podyplomowe o szlachetnej nazwie- Edukator Domowy- Guwernantka... brrrr.... brzmi groźnie :) Ale nie ma się co bać to tylko dostojna nazwa a w praktyce da mi nowe możliwości uczenia przez zabawę najmłodsze dzieci :) Ten blog w całości będzie poświęcony miłości mego życia (drugiej po mężu :))- czyli pracy z dziećmi- maluszkom, robaczkom, króliczkom i innym słodkim małym pyszczkom- małym ludkom  :) Tak wiem wiele osób sobie myśli że to strasznie ciężka praca, opiekować się "cudzymi dziećmi, potem nie będzie się miało cierpliwości do swoich.." słyszałam to miliony razy i nie nie nie :) To zupełnie nie tak :) Po pierwsze żeby dotrzeć do dziecka i nie zwariować trzeba trochę być dzieckiem, zrozumieć je a nie stać po drugiej stronie barykady... Dzieciaki to te cudowne istoty- szczere, prawdomówne, nie znające i konwenansów, które cechuje prostota serca... To my wpajamy im co wolno, co wypada a co nie. Same mówią to co myślą- są spontaniczne, nie kłamią (!) tylko fantazjują... Wystarczy poznać kilka sekretów tej pracy, a staje się ona łatwa i przyjemna :)  Praca ta daje wiele satysfakcji, człowiek widzi efekty swoich starań już po kilku tygodniach, bo rozwój dzieci w pierwszym etapie życia jest tak zaskakująco szybki, dzieci chłoną wiedzę jak gąbka- dlatego to od nas dorosłych zależy tak wiele, to czego je nauczymy przyswoją z ogromną łatwością- dlatego róbmy to dobrze!